środa, 16 marca 2011

Malcolm Hill - laureat Nagrody Conrada

5 marca 2011 r.-laudacja wygłoszona przez Brata Rogera Hutchingsa na cześć Brata Malcolma Hilla-tegorocznego laureata Międzynarodowej Nagrody Conrady 2010-Indywidualności Morskie.


Malcolm jest żeglarzem, który kocha morze a morskie wyzwania stanowią jego rację życia. Żeglarstwa nauczył się mając lat dwadzieścia kilka. Po ukończeniu studiów inżynierskich, zaokrętował na 54 stopowy kecz żeglujący po Morzu Śródziemnym. Odtąd żeglarstwo stało się pasją jego życia. Szybko zdobył kapitańskie szlify i wkrótce nabył swój pierwszy jacht „Silvana"–39 stopowy Atlantic Clipper.
Zawsze był żeglarzem nieustraszonym i nadal bardzo często żegluje samotnie. Nie boi się morza, ale zawsze wyważa radość przygody z podejmowanym ryzykiem. Gdy został członkiem Międzynarodowego Bractwa Wybrzeża, ludzi kochających morze, dało mu to szansę spotkania z nimi na całym świecie. Nawiązał przyjaźnie z Braćmi we Francji, Włoszech, Stanach Zjednoczonych, Chile i Urugwaju.
W 1991 roku kupił podupadłą marinę „Langstone Marina” w pobliżu Potsmouth. Skutecznie obronił ją przed zakusami deweloperów, którzy planowali w tym miejscu budowę domów. Zmienił jej nazwę na „Southsea Marina”. Armatorzy, którzy trzymają w niej swoje jachty, czują się tu komfortowo, podobnie żeglarze przybywający z dalekich stron. „Southsea Marina” szybko zyskała reputację przyjaznej, kompetentnej i niedrogiej. Tu również cumuje jego ulubiony, 54 stopowy kecz „Swan Dancer”. Malcolm organizował tu szereg akcji charytatywnych, których celem było zebranie funduszy na żeglowanie niepełnosprawnych, aby mogli zaznać radości pod żaglami, poznać wartość pracy zespołowej i rodzących się przyjaźni.
W 1998 roku Malcolm zostaje wybrany Narodowym Kapitanem Wielkiej Brytanii. Organizuje w Portmouths ogromne tygodniowe Zafarrancho dla kilkuset Braci z całego świata, zakończone wielkim sukcesem.
W czasie, gdy Malcolm realizuje swoje najbardziej ambitne cele, nagle zostaje przewieziony do szpitala. Przez kilka miesięcy balansuje na krawędzi życia i śmierci. Na szczęśie wygrywa najtrudniejszą swą walkę - walkę z rakiem.
Od dawna Malcolm nosił się z zamiarem samotnej żeglugi przez Atlantyk, ale ciężka choroba zmieniła perspektywę spojrzenia na życie i już nie samotnie, ale z 3-osobową załogą i 15 letnią córką decyduje się na wymarzony rejs przez wielką wodę. „Swan Dancer” w 2004 roku płynie z Gran Canaria do St. Lucia na Karaibach. Trasę pokonuje w 18 dni-jest styczeń 2004 roku. Potem płyną na Antiqę, tam dokonują drobnych napraw i biorą udział w regatach Antiqua Race Week. W Konkursie Elegancji jego jacht zajmuje 3-cie miejsce. Po pełnym wrażeń postoju na Provinciales i Great Inagua, żegluje na Bahama, gdzie miejscowi Bracia mieli swoje święto-oczywiście dołączył do biesiadników. Z Bahama płynie do Nowego Jorku, tam spotyka się z Braćmi na Zafarrancho, razem z Braćmi z Texasu, Florydy i Virginii. Z Nowego Jorku idzie do Norfolk, gdzie chce uczestniczyć w Chesapeake Bay Schooner Race. Jankesi jednak nie wyrażają zgody na jego start, gdyż „Swan Dancer” jest keczem. W następnym odcinku tego rejsu „Swan Dancer” płynie na Florydę i Keys gdzie Malcolm spotyka się z Braćmi Złotego Wybrzeża.
Każdy z odcinków żeglugi piętrzył wyzwania, ale Malcolm sprostał wszystkim. Był cyklon, w którym się znalazł, stracił ster, był krańcowo wycieńczony, stracił śrubę i miał awarie silnika. Najważniejszy sukces odniósł jednak nad sobą samym. Pokonał skutki straszliwej choroby. Już w domu, Malcolm był zawsze chętny dzielenia się pokładem „Tańczącego Łabędzia” ze swymi przyjaciółmi. Raz nawet, zabrał na swój jacht grupę entuzjastów łodzi motorowych, niestety bez widocznych sukcesów na zmianę ich gustów. Goście z zagranicy, a szczególnie Bracia Wybrzeża zawsze byli mile widziani na pokładzie „Swan Dancera”, a gościnność Malcolma obrosła w legendę.
Sens życia przedstawił Malcolm w mailu przesłanym w 2005 roku pt. „Opowieści Wędrowców – część 3” –
Nie tak dawno temu, Boże Narodzenie stało się dla mnie szczególnie ważnym okresem, bowiem 3 lata wcześniej moje życie wisiało na włosku. Wydawało się że moje wyśnione przygody skończyły się zanim się zaczęły. W tym jednak roku Bóg dał mi największy z wyobrażalnych prezentów. Na przekór wszystkiemu wyszedłem ze szpitala aby spędzić Święta z rodziną, mając nadzieję na wyzdrowienie.
Nie ma dnia abym nie pamiętał, jak jestem szczęśliwy, - że jestem! Mam takie poczucie zobowiązania, abym nie stracił już ani chwili. Dlatego teraz robię to wszystko co kiedyś było tylko snem.


Malcolm Hill jest nie tylko przykładem dla nas wszystkich, którzy żeglują, on reprezentuje ten rodzaj odwagi i zdecydowania, który zwycięża wszelkie przeszkody i jest natchnieniem dla nas wszystkich.
Jestem dumny że mogę zarekomendować Malcolma Hilla do prestiżowej nagrody Conrada.
Podpisał:
Roger Hutchings ( # 1) Bractwo Wybrzeża W.B., Mesa Solent

niedziela, 2 stycznia 2011

SPRAWOZDANIE Z DZIAŁALNOŚCI MESY GDAŃSKIEJ BRACTWA WYBRZEŻA

1 stycznia 2010r. - powołanie Mesy Gdańskiej i ustanowienie władz:

Sztorman - Andrzej Drapella,
Bosman - Andrzej Dębiec,
Skryba - Tomasz Borda.
Ustanowienie Klubu Morza „Zejman” siedzibą mesy.

13 marca - zapada decyzja o trwałej lokacji Klubu Morza „Zejman” w zajmowanym od wielu lat spichlerzu „Steffen”,
przypieczętowując tym samym trwałość siedziby naszej Mesy.

25 kwietnia - jacht „Gedania” wyszedł w rejs z Gdyni na Spitsbergen.
W tej kilkuetapowej wyprawie brali udział Bracia: Tomasz Borda - kapitan ‚Gedanii” i Robert Kibart,
oraz Junga Roman Bartnicki. Kolejne etapy prowadził kapitan „Gedanii” Waldemar Mieczkowski,
który przyjął też na swoje barki organizację całości wyprawy.

22 kwietnia - kapitan Mesy Gdańskiej Bractwa Wybrzeża - Andrzej Drapella - w
"Klubie Podróżnika" w Gdyńskim Akwarium przedstawił filmową relację z XII Wyprawy Antarktycznej PAN
na polską stację im. Henryka Arctowskiego oraz budowę hiszpańskiej stacji antarktycznej im. Juana Carlosa I
na wyspie Livingstone.

30 maja do Gdyni przypłynęli Bracia z Francji. Bernard COUVERCELLE (AJUT) oraz Jan MONDZELEWSKI (TABARKA) mówiący
po polsku Kapitan Mesy Normandzkiej. Serdeczne powitanie i spotkanie na pokładzie ich jachtu „Chrisric”.
Bracia Andrzej Drapella i Tomasz Borda jak zawsze służą pomocą i wsparciem a gościną w „Zejmanie” tradycyjnie już, Brat Andrzej Dębiec.

3 czerwca Brat Andrzej Drapella poprowadził ekspedycję AREX 2010 statku badawczego IOPAN „Oceania”,
której celem były wody arktyczne archipelagu Svalbard.
Ta trzymiesięczna wyprawa obfitowała w ciekawe przygody, cieżką i zarazem ciekawą pracę.

25 lipca Kapitan Jerzy Radomski powrócił do kraju po 32 latach spędzonych na morzach i oceanach.
Przebył w tym czasie 240 tyś mil morskich. Niewiele było równie spektakularnych wydarzeń w historii Polskiego Żeglarstwa.
Kpt. Jerzy Radomski przyjął zaproszenie do naszej mesy, czyniąc nam tym niewątpliwy zaszczyt.

10-12 września - wizyta statku „Lisa von Lubeck”. Załogę „Lisy” powitali Bracia: Andrzej Drapella, Tomasz Borda oraz jungowie
Waldemar Mieczkowski i Romuald Bartnicki w porcie w Helu. Stamtąd wspólna żegluga do Gdańska,
zakończona cumowaniem przy Centralnym Muzeum Morskim oraz uroczystym powitaniem przez
Dyrektora Centralnego Muzeum Morskiego Pana Jerzego Litwina.
Bracia służyli zaprzyjaźnionym żeglarzom z Lubeki wszelką pomocą a także serdeczną gościną.
Oczywiście miejscem wspólnej biesiady znów był „Zejman”, otwierając swe podwoje dla miłych gości.
Nieocenioną pomocą wykazali się nasi dzielni jungowie: Waldemar Mieczkowski i Roman Bartnicki
doprowadzając do skutku bardzo udany dla naszych gości manewr tankowania statku.

1 października - Brat Andrzej Dębiec - gospodarz „Zejmana” organizuje kolejne w tym roku wśród licznych i jakże
uroczystych spotkań poswięconych dokonaniom wielkich indywiduów związanych z morzem.
Tym razem, był to wieczór poezji Jacka Czajewskiego, wspomnieć jednak należy o nieustannym zaangażowaniu
Bosmana naszej Mesy w propagowanie kultury żeglarskiej.

12 listopada - Brat Robert Kibart rozpoczyna wyprawę na pokładzie jachtu Katharsis II prowadzącą z Polinezji Francuskiej
poprzez Wyspę Wielkanocną aż do przylądka Horn i kanałów Patagonii.

18 listopada - nasz junga, Waldemar Mieczkowski oraz inni muzycy dają wspaniały koncert w tawernie Contrast Cafe w Gdyni
będący wyrazem solidarności i wsparcia dla kapitana Ziemowita Barańskiego i załogi STS Fryderyk Chopin.
Podczas koncertu odbyło się videospotkanie z kapitanem Barańskim, transmitowane na dużym ekranie dla
licznie zgromadzonej publiczności. Koncert odbył się pod patronatem Prezydenta Miasta Gdyni - Wojciecha Szczurka.

20-21 listopada - Zafarrancho. Niewątpliwy sukces wszystkich członków Mesy Gdańskiej Bractwa Wybrzeża.
Nie opisuję tego wydarzenia, gdyż wszyscy braliśmy w nim udział i na ręce każdego z nas spływały gratulacje i słowa sympatii,
dla tak wspaniałej uroczystości, powstałej przy naszym udziale.

5 grudnia - wizyta Brata ze Stanów Zjednoczonych. Joe Citarella z Nowego Jorku został przyjęty przez Braci: Andrzeja Drapellę i Tomasza Borda. Serdeczne powitanie, objazdowa wycieczka po najciekawszych miejscach Gdańska oraz wizyta w „Zejmanie” u Brata Andrzeja Dębca.

19 grudnia - spotkanie podsumowujące pierwszy rok działalności Mesy Gdańskiej.
Podczas spotkania Bracia postanowili rekomendować do przyjęcia do Mesy
następujących Kapitanów:

Kapitana Jerzego Różańskiego - armatora jachtu "ELTANIN", który przez
kilkanaście lat corocznie operuje w rejonie Spitsbergenu

Kapitana Jerzego Wąsowicza - armatora jachtu "ANTICA", który na tej
jednostce spędził 6 lat na wszystkich oceanach świata, autora książki
"Spełnione marzenia"

Kapitana Jerzego Radomskiego - armatora jachtu "CZARNY DIAMENT" co w
tym roku powrócił do Kraju z 32 letniego rejsu

Kapitana Waldemar Heislera - armator jachtu "BRYZA II" - prawnika
morskiego, co działa na rzecz środowiska żeglarskiego Wybrzeża



Działanlość naszej Mesy opiera się przede wszystkim na zaangażowaniu Braci, którzy poświęcają wszelkie środki
i siły aby godnie reprezentować Bractwo Wybrzeża. Utworzenie Mesy Gdańskiej było powinnością,
której wreszcie dopełniliśmy. Zyskało na tym Miasto Gdańsk mając u siebie reprezentację tak szacownej organizacji,
zyskało też Bractwo mogąc poszczycić się Mesą jednego z najstarszych i najznaczniejszych miast hanzeatyckich.

Bracia z Mesy Gdańskiej spędzili ten rok głównie na morzu. Waldek Mieczkowski przepłynął ponad 5500 Mm eksplorując
archiplega Svalbard i wiele zakątków morza Śródziemnego, Andrzej Drapella przeprowadził Oceanię z Gdańska na Spitzbergen i spowrotem.
Tomasz Borda, Roman Bartnicki i Robert Kibart byli na Spitsbergenie, przepłynęli morze Barentsa oraz opłynęli Nordcap,
Robert Kibart kontynuuje rejs na Pacyfiku. O wyczynie Jerzego Radomskiego można by napisać książkę.

Orrrrzaaaaaa !!!!

Tomasz Borda #113

środa, 24 listopada 2010

„PIERWSZA MILA ZA RUFĄ…”

Tak jak każda wyprawa zaczyna się od pierwszego małego kroku, tak i każdy nawet najdalszy rejs ma swoją pierwszą milę…
W miniony weekend (20-21. XI.), nasza tak niedawno przecie powstała, Mesa Gdańska zwycięsko wyszła z pierwszej poważnej operacji desantowej, jaką bez wątpienia stał się dla niej najazd ponad sześćdziesięciu Braci, Gości Honorowych, jungów i kandydatów na tychże, nie tylko z całego Kraju, ale i wielu innych państw UE…
LXII Zaffarancho - bowiem całego Polskiego Bractwa Wybrzeża - młodziutka Mesa Gdańska, przy swym nabrzeżu, w Gdańskiem porcie „Zejman„ u Brata Andrzeja #116 odprawować postanowiła!


A rzec trzeba, że pod wodzą Sztormana swego Brata Andrzeja #89, yako też w pierwszej linii obrony wystawiając Braci Tomasza #113 i rzeczonego wyżej Karczmarza Andrzeja #116, ba nawet jungów swych, a i urodziwe Branki ku ambrazurom wystawiwszy – odpór najeźdźcom srogi przez dni dwa dawała, aż zmęczeni, przeżarci a i z głów boleścią… odstąpili!


Pierwsze, niewielkie jeszcze zespoły nacierających lądować zaczęły u „Zejmana” już w sobotnie przedpołudnie,…choć - Ordo – jednakowoż – z Kapitańskiego nadania - godzinę H na 1700 wyznaczało!!!
„Rangers Leads the way” – jak mówi stare morskie przysłowie – trzeba, więc co bardziej zapalczywych zrozumieć, tem bardziej, że i kolej żelazna, inaczej niźli niegdyś Wiedeńska, zbytnio dziś nas nie rozpieszcza i z grodu stołecznego ku Morzu i na siedem godzin oferuje swe luksusy, gdym ja, yako nieletnie pacholę takąż drogę, ku stronom ojcowskim w niecałe cztery „Lux-torpedą” mknąłem !… (No, ale torpeda to sprawa morska nie kolejowa.)
I właśnie ze względu na powyższe ( nie regulując już zegarków wedle biegu (???) pociągów - z morską punktualnością o 1800 Kapitan Jerzy Demetraki #78 powitał zebranych i obrady rozpoczął.


Po tradycyjnej minucie milczenia dla wspomnienia Braci, którzy w minionym roku odeszli na wieczną wachtę, odczytano posłanie Brata Seniora Bolka #1, jako też List Prezydenta Miasta Gdynia Pana Wojciecha Szczurka. Trojgu zaproszonym Gościom Honorowym – zasłużonym i znanym dziennikarzom - Grażynie Murawskiej, Tadeuszowi Jabłońskiemu i Bohdanowi Sienkiewiczowi w uznaniu ich wieloletniej działalności w propagowaniu spraw morskich, żeglarstwa i krzewieniu szeroko rozumianej tradycji i kultury morskiej wręczono Honorowe Plakiety Mesy Kaprów Polskich. Na ręce Kapitana przekazano pamiątkowy album dla nieobecnego Brata Bolka #1.
Kilka zwrotów i krótkich wystąpień, zwięzłe sprawozdanie Brata Mirosława #98 ze Światowego Zaff w Sydney – Brat Kapitan w uznaniu zasług Brata Mirosława #98 wręczył mu Medal Bractwa, przyznany przez Kapitułę Chwały Mórz.


Tako też Kapituły Chwały Mórz wszem i wobec o przywilejach gwiazd i medalów przyznaniu anons poczyniono, oraz kandydata do Nagrody Chwały Mórz votowanie nastąpiło. Kapituła zaproponowała jako kandydata - kpt. Tadeusza Siwca.Uczestnicy Zaff in gremio podtrzymali tę propozycję. Zwrot na cześć nagrodzonych wykonał Brat Kapitan …i już mogliśmy przystąpić do zaprzysiężenia przeznaczonych do mustrowania jungów.


Decyzją LXII Zaffarancho M.K.P. w poczet Bractwa przyjęci zostali: Andrzej Giedymin, jednogłośnie z cyfrą 119, Maciej Sokołowski, jednogłośnie z cyfrą 120, Jakub Kęsik, jednogłośnie z cyfrą 121. Zwrot wykonał nowoprzyjęty Andrzej Giedymin.
Ostatnim z ważniejszych punktów oficjalnej części obrad było zgłaszanie i zatwierdzanie proponowanych kandydatów na jungów Bractwa. Jednym spośród nich, zgłoszonym przez Mesę Gdańską, jest kpt. Jerzy Radomski, – który latem, po 32 latach żeglugi na jachcie Czarny Diament, pokonawszy ponad 240 tysięcy mm - powrócił do kraju.!


Tako też i oficjalna część ordo dopełniona została. W przerwie na osobiste dysputy zwiedzono takoż XVII wieczną komorę spichlerza „Steffen”, a i reconstrucyą napoleońskiego lazaretum w onychż komorach, zgodnie z dawnymi dziejami zmyślnie poczynione – dla apetitio przed biesiadą obejrzano


– poczem przy opowieściach z mórz dalekich, a i przez jungę Waldemara nader zgrabnie szantach nuconych jak obyczaj każe biesiadowano radośnie aż do bezlitosnych czterech szklanek, które h 2400 obwieściwszy po zwrocie „Ad finem” kres oficjalnemu zgromadzeniu Braci położyły.


Yako że jednakoż w gościnnych progach naszego przecie Brata 116 bawilim, co zagorzalsi i wytrwali w boju Bracia abordażu nie odstępując pokładu nie opuszczali i długo jeszcze wspólne śpiewy i gawędy niosły się po Motławie…


Nadspodziewanie szybko nadbiegający ranek, krwią nabiegłe od walecznych zapałów oczy nasze, na śniadanie otworzył i po kilku głębszych michach ożywczej jajecznicy jużeśmy na pokład - przez zaprzyjaźnioną z nami Marynarkę Wojenną RP, dzięki wstawiennictwu Sztormana Mesy Gdańskiej Brata Andrzeja #89 podstawionego - omnibusu mustrowali…
Przepiękną – dla jednych arcyciekawą, a dla mnie takoż i sentymentalną rajzę przez Trójmiasto uczyniwszy, a novum się moc wielką od towarzyszącego nam tutora dowiedziawszy do Akademii Marynarki Wojennej w Gdyni przybyliśmy.
Tutaj zaś gościną serdeczną otoczeni, pełne podziwu, choć nieco piekące oczy na wyposażenie nawigacyjne, edukacyjne, a i inne, o którym ze względów na tajemnicę gęby strzępić nie przystoi, wytrzeszczaliśmy a choć niejednego rączki przy mnogości wspaniałych a rozlicznych symulatorów z pewnością świerzbiły, by to i owo sobie ponaciskać… to jednak tzw. „kopara” nam opadła, gdy przy przedstawieniu czcigodney damie „Niunią” tutaj zwanej – onaż, jak dawny obyczaj każe do ucałowania zgrabnie podsunęła nam swą … lufę kalibru 76mm!!!!

Po pamiątkowych zdjęciach z oprowadzającymi nas oficerami, dla ochłonięcia Brat Sztorman powiózł nas ku Gdyńskiemu aquarium (jak sądzę na rybkę) przed pożegnalnym obiadem w Jacht Klubie MW „Kotwica”…

Tako też, jak sądzę nie musi się wstydzić Nasza Gdańska Mesa swej pierwszej poważnej mili!
Tak trzymaj!

Andrzej Radomiński #86

niedziela, 31 października 2010

ZAFFARANCHO 2010 GDAŃSK

Wielce Szanowni Bracia,

Poniżej przedstawiamy plan dojazdu dojazdu taksówką od Dworca PKP Gdańsk Główny do Klubu Zejman na Wyspie Spichrzów,
gdzie będziemy radzi Was gościć podczas Zaffaracho 20 listopada 2010.
Wskazówki dla kierowcy: wyspa spichrzów, dojazd ulicą Stągiewną i skręt w prawo w ulicę Chmielną, następnie do końca i w prawo.





Poniżej lista przyjaznych nam hoteli i hosteli, w których Bracia znajdą nocleg.
Rezerwacja ważna do 13 listopada 2010r. Uczestnicy Zaffarancho bukują samodzielnie miejsca oraz dokonują przedpłat wg poniższego wykazu.

Hotel Novotel ul. Pszenna 1 ( 200 metrów od „Zejmana”)
cena noclegu 215 - 265 zł
Pokoje 1-2 osobowe
rezerwacja tel. 58 3002850
ho523-re@accor.com

Poniżej plan dojścia z hotelu do Klubu Zejman (B).




Hostel „Zappio” ul. Świętojańska 49 ( 700 metrów od „Zejmana”)
cena za 1 nocleg 46 zł
1 pokój 2 - osobowy
2 pokoje 3 - osobowy
3 pokoje 4 - osobowe
rezerwacja 58 3220174 przedpłata 10% ceny noclegu
zappio@zappio.pl

Poniżej plan dojścia z hostelu do Klubu Zejman (B).




OLD Town Hostel ul. Długa Grobla 7 ( 400 metrów od „Zejmana”)
cena za 1 nocleg 45 zł
1 pokój 4-osobowy z WC
2 pokoje 6-osobowe
1 pokój 6-osobowy z WC
rezerwacja 58 517944016 przedpłata 10% ceny noclegu
hostel@hostel.gda.pl

Poniżej plan dojścia z hostelu do Klubu Zejman (B).




Hostel Gdańsk ul. Spichrzowa 14/1A ( 100 metrów od „Zejman”)
cena za 1 nocleg 43 zł
2 pokoje 3 osobowe
1 pokój 4-osobowy
rezerwacja 531605495 przedpłata 10 % noclegu
recepcja@hotelgdanski.pl

Poniżej plan dojścia z hostelu do Klubu Zejman (B).




Miller House ul. Na Piaskach 1 ( 800 metrów od „Zejmana”)
cena za 1 nocleg 60 zł
1 pokój 4-osobowy
1 pokój 2-osobowy
2 pokoje 3 osobowe
1 pokój 1-osobowy
rezerwacja tel. 793376667
maiora@wp.pl

Poniżej plan dojścia z hotelu do Klubu Zejman (B).


poniedziałek, 4 października 2010

Plecami do morza



W ubiegłym tygodniu zakończyła się wizyta niezwykłego statku "Lisa
von Lubeck", który gościł w Gdańsku w dniach 10-12 września.

"Lisa von Lubeck" jest wierną kopią karaki z XV wieku, zbudowanego
we wspaniałym programie nauczenia zawodu młodych bezrobotnych z
Lubeki.

Jej budową zajęła się fundacja Geselschaft Weltkulturgut Hansestadt Lubeck.
Zebrano fundusze, Politechnika Berlińska opracowała pełną dokumentację
statku, zatrudniono emerytów znających jeszcze ciesielskie rzemiosło,
lasy państwowe dały dębinę, a urząd pracy dostarczył młodych
bezrobotnych w wieku 18-25 lat, aby nauczyli się zawodu. Wspólnym
wysiłkiem zbudowano wspaniały statek który jest chlubą miasta. W
pięknej mesie na burtach są mosiężne tabliczki sponsorów i tych
wszystkich co ten statek budowali.

W swój pierwszy rejs w kwietniu 2006 roku przybyli do Gdańska.
Ja, jako prezydent Sail Training Association-Poland zająłem się ich wizytą
w Polsce.
Wsiadłem na statek w Kołobrzegu, popłyneliśmy razem na Hel a potem do Gdańska.
Zacumowaliśmy przy Centralnym Muzeum Morskim. Załoga została powitana
przez dyrektora muzeum, pana Jerzego Litwina. Z niemiecko języcznym
przewodnikiem zwiedzili wspaniałe morskie muzeum. Wizytę na statku
złożył prezydent miasta pan Paweł Adamowicz, przekazał im flagę
Gdańska i dał do dyspozycji autokar i przewodnika po trójmieście.
Zwiedzili Westerplatte, gdańską starówkę, Sopot i Gdynię.
Wysłuchali koncertu w katedrze oliwskiej, a wieczorem w klubie
"Zejman" spotkali się z polskimi żeglarzami.
Na zakończenie ich wizyty kapitan Dieter Baars powiedział:
"W ciągu 40 lat pracy na wszystkich morzach, po odwiedzeniu kilkuset
portów - wizyta "Lisą von Lubeck" w Gdańsku stanowiła dla mnie
znaczące wyróżnienie.
Jestem zaskoczony otwartością i życzliwością Gdańszczan.
Zyskaliśmy tu wielu nowych przyjaciół.

A członek załogi Hans-Jurgen Wulff powiedział "Gdańsk jest przepięknym
miastem z życzliwymi ludźmi. Wieczorne zakończenie naszego postoju w
żeglarskim klubie "Zejman" było wspaniałym przeżyciem. Mam nadzieję,
że Polacy będą nas dobrze wspominać. Chętnie powrócę tu znowu i
postaram się zabrać ze sobą mych rodaków z Lubeki".

O pobycie w Gdańsku wypowiedzieli się bardzo pozytywnie wszyscy
członkowie załogi i postanowili włączyć Gdańsk do stałego planu rejsów
"Lisy von Lubeck".
A ja, ze swej strony, serdecznie podziękowałem tym wszystkim, którzy
przyczynili się do tak dobrego wizerunku Gdańska.

Relację o "Lisie von Lubeck" i jej pobycie zamieściłem na stronie
internetowej www.octalogo.org

W tym roku, pomni serdecznego przyjęcia w poprzednim rejsie,
postanowili ponownie odwiedzić Gdańsk. Miesiąc wcześniej, 11-go
sierpnia wysłali sympatyczny mail do prezydenta miasta zapraszając go
na pokład swojego statku. Wśród swojej załogi mieli dr Eike Lehmanna,
znanego profesora politechniki z Hamburga, który miał list prezydenta
miasta Lubeki do naszego prezydenta. Na ten mail nie dostali
odpowiedzi.
Na 3 dni przed wejściem do Gdańska poprosili mnie o potwierdzenia
wizyty pana Pawła Adamowicza na ich statku. Gdy zadzwoniłem do biura
pana prezydenta, okazało się, że nikt o przybyciu tego statku nic nie
wiedział.
Przesłałem więc kopię tego maila i poprosiłem o potwierdzenie wizyty
pana prezydenta na statku.
Długo czekałem na pozytywną odpowiedź, aż zadzwoniłem i dowiedziałem
się że pan prezydent.... nie raczy przybyć! Nie wysłał też żadnego ze
swoich czterech wiceprezydentów (sic !). W mojej ocenie jest to,
grzecznie mówiąc, towarzyska gafa. Przecież profesor Lehmann przekaże ten incydent
władzom swojego miasta Lubeki, a nam będzie wstyd.
List prezydenta Lubeki odebrałem i zaniosę do Urzędu Miasta osobiście,
ale to nie o to przecież chodziło.

Przed wejściem statku do Gdańska udałem się do Gdańskiego Ośrodka TVP.
Na bramie strażnik spytał mnie: "A pan do kogo?" Odpowiedziałem, że
chcę się widzieć z dyrektorem ośrodka. "O czy jest pan umówiony ?"
"Nie" odparłem. " To pan nie wejdzie" - odrzekł surowo.

Poprosiłem aby zadzwonił do sekretariatu i mnie połączył.
"Nie - odparł strażnik, telefon nie jest publiczny"
"To poproszę o numer telefonu sekretariatu i sam zadzwonię za swojej komórki"
"Nie udzielamy takich informacji" - koniec rozmowy.

TO NIE BAJKA - ALE PRAWDZIWA RELACJA STOSUNKÓW NA
LINII OBYWATEL - TELEWIZJA PUBLICZNA.

W domu znalazłem telefon do Kierownika Panoramy. Zadzwoniłem,- pani
powiedziała że nie ma czasu na rozmowę, - proszę swoją sprawę
przedstawić mailem.

Wysłałem więc maila informując o przybyciu do Gdańska tak ciekawego
statku z propozycją zrobienia reportażu. Zaproponowałem aby ekipa
wsiadła na statek w Helu i popłynęła z nami do Gdańska. W tym czasie
postawilibyśmy żagle i wykonali wszelkie czynności aby materiał
filmowy był interesujący. Podałem też program pobytu załogi statku w
Gdańsku.
Uważałem bowiem, że mogła by to być bardzo ciekawa forma promocji
naszego miasta.
Pokazania, jak nas widzą inni, życzliwi nam ludzie z tej drugiej strony.

Podałem swój numer telefonu. Czekałem na odpowiedź. Na próżno.
Gdy zadzwoniłem w przed dzień wejścia statku na Hel, dowiedziałem się że
Państwo z Telewizji MOGĄ zrobić ujęcia gdy statek będzie zacumowany!
A mnie zamurowało! Statycznie to można filmować stare baby na rynku, a
nie żaglowce!
No cóż. MAMY TO CO MAMY. Nie dziwię się że nikt tego co ONI robią nie
chce oglądać !!!

"Lisa von Lubeck" z postawionymi żaglami stała przy Centralnym Muzeum
Morskim. Pokład statku był otwarty dla zwiedzających. Zwiedziła statek
gdańska szkoła Nr 20. Dzieciaki wyszły zachwycone statkiem i
przyjęciem załogi.

Żadna z trójmiejskich gazet nie zamieściła informacji o statku.
Wielu mieszkańców i turystów straciło okazję zobaczenia czegoś niezwykłego.
Po wyjściu statku zadzwoniłem do redakcji Dziennika Bałtyckiego, czy są
zainteresowani artykułem o statku w dodatku "Rejsy".
Nie byli.

My, żeglarze, przyjęliśmy załogę Lisy serdecznie. W klubie "Zejman"
urządziliśmy biesiadę z piwem i gitarami. Goście wyjechali zadowoleni,
zaprosili nas do Lubeki.
Nasze kontakty są serdeczne.

A co na to "otwarte na świat miasto Gdańsk".
Zostawiam to bez komentarza.

Andrzej Drapella, kpt.ż.w. Sztorman Gdańskiej Mesy Kaprów Polskich

niedziela, 3 października 2010

Morze i Żagle w Poezji Polskiej

A to niespodzianka.....nowe oblicze Jacka Czajewskiego

To, że Jacek Czajewski jest doskonałym profesorem,
....... to wiedzą wszyscy studenci Politechniki Warszawskiej

To, że Jacek Czajewski jest doskonałym żeglarzem,
...... to wiedzą wszyscy co z nim pływali

To, że Jacek Czajewski jest doskonałym znawcą literatury marynistycznej
...... to wiedzą wszyscy co czytają "ŻAGLE" , gdyż tam
zamieszcza swoje recenzje

To, że Jacek Czajewski pisze doskonałe podręczniki nautyczne
...... to wiedzą wszyscy studenci morskich akademii,
co uczą się z nich do egzaminów państwowych

To, że Jacek Czajewski jest...... , tego się nikt nie spodziewał.

No właśnie....
Do drzwi zadzwonił dzwonek, - .....przesyłka do pana.
Pokwitowałem, otworzyłem i oniemiałem.
Znam Jacka kilkadziesiąt lat. Mogłem się spodziewać nowego podręcznika
żeglugi po kosmosie, ale nie antologii: "Morze i Żagle w Poezji
Polskiej".
Z benedyktyńskim mozołem stworzone dzieło.
Wiele lat pracy w pełnej konspiracji.

Zadałem sobie pytanie: Jacku, a komu to potrzebne? Kto będzie
studiował te 500 stron wierszy?
----------------------------------
Rozesłane "Wici" z "Zejmana" powiadomiły mnie, że 1-go października o
19:00odbędzie się wieczór poezji żeglarskiej. Wypadało tam się wybrać.

Klub oświecony blaskiem świec. Gości witała Dorota. Mistrzem ceremonii
był Andrzej Dębiec. Przedstawił zaproszone autorki.
Słowo wstępne usłyszeliśmy od Ewy Ostrowskiej która to dzieło wydała.
O nastrój zadbała Basia Karlik co pięknie śpiewała romantyczne pieśni
akompaniując sobie na celtyckiej harfie.
Popijaliśmy dobre wino zasłuchani w szum morza wyrażony słowem.

Pierwsza recytowała swoje wiersze Irena Peszkin, żeglarka z Koszalina.
Wiersze o miłości i tęsknocie.

Potem przerwa wypełniona występem Basi.

I znowu wiersze, tym razem Edyty Ślączkiej-Poskrobko.
Piękne wiersze, piękne słowa, recytowane z dużym pietyzmem.

Dwie godziny duchowej uczty.
Na końcu dedykacje autorskie i zawiedzeni ci dla których brakło tej
pięknej książki.
Ewa Ostrowska wspomniała coś o dodruku.

No, cóż drogi Jacku. Sprawiłeś nam tą antologią Wielką Niespodziankę.
Serdeczne dzięki !!!

A Andrzej Dębiec, gospodarz "Zejmana" kończąc to miłe spotkanie, -
zapowiedział już następne poświęcone morzu, oparte na tej wspaniałej
antologii.
Trzymamy za słowo.

Byłem w ten czarodziejski wieczór w "Zejmanie" i z zawrotem głowy
wróciłem do domu. Dziękuję Wam, Doroto i Andrzeju za te miłe chwile.
A wieczorem, do rana czytałem wiersze o morzu.

Andrzej Drapella










czwartek, 29 lipca 2010

SVALBARD

Hen, daleko na Północy, pomiędzy 74 – 81 stopniami geograficznymi szerokości północnej, a 10 – 35 stopniami długości wschodniej leży piękny archipelag zwany Svalbardem, lub jak kto woli Spitsbergenem. Jego największe wyspy to Spitsbergen, Nordaustlandet, Barentsoya, Edgeoya i Prins Karls Foreland.
Łączna powierzchnia tych wysp wynosi około 61.000 kilometrów kwadratowych
z czego aż 60% pokrytych jest lodowcami. Tylko na 6-7% powierzchni rosną rośliny. Najbardziej żyzne są połacie wewnątrz fiordów. Permanentna zmarzlina obejmuje cały obszar Svalbardu, a zaledwie jeden metr gruntu odmarza latem.

Flora ma bardzo krótki okres wegetacji, a niskie temperatury, niewielkie opady i nieurodzajna gleba nie sprzyja jej rozwojowi. Mimo to żyje tu aż 170 gatunków roślin. Są one bardzo delikatne i kruche, a raz zniszczona trudno się odradza.
Ślady opon samochodowych na tundrze widoczne są latami. Przepisy dotyczące ochrony środowiska są tu bardzo restrykcyjne. Prawie cały Svalbard zaliczony jest do rezerwatów przyrody. Zabronione jest jakiekolwiek zrywanie kwiatów, czy roślin,
Jak i jeżdżenie jakimkolwiek sprzętem mechanicznym poza drogami w okresie wegetacyjnym.

Słynny holenderski żeglarz Willem Barentsz odkrył Svalbard w 1596 roku i niemal natychmiast pojawiły się tu statki wielorybnicze. W ciągu 150 lat wybito liczne stada wielorybów tak skutecznie, że przestało się opłacać na nie aż tak daleko polować.
Po wielorybnikach pojawili się na tej ziemi rosyjscy myśliwi którzy przez półtora wieku trzebili białe niedźwiedzie i lisy polarne. W połowie dziewiętnastego wieku Rosjan zastąpili Norwedzy, którzy polowali tu do 1973 roku, do chwili, gdy wprowadzono zakaz polowań na całym Svalbardzie. Jak masowe to były rzezie tych zwierząt niech świadczy fakt, że w Polarnym Muzeum w Tromso wisi podobizna Króla Strzelców - Henry Rudiego, który w latach 1908-1948 zamordował 713 białych niedźwiedzi.

Stolicą archipelagu jest Longyearbyen liczące około 2.000 mieszkańców.
Jest tu kilka górniczych osiedli i placówek naukowych. Wydobycie bardzo dobrego węgla kamiennego trwa tu już od ponad stu lat. Kiedyś był on niezbędnym paliwem do opalania parowych statków wielorybniczych łowiących w tym rejonie.
Pierwsze kopalnie w 1904 roku założył amerykański magnat John Munro Longyear
i swoim imieniem nazwał osadę. I tak pozostało.
Z wybuchem I Wojny Światowej w Europie spadły drastycznie ceny węgla i w 1916 roku John Longyear sprzedał swe kopalnie Norwegom. Węgiel na Svalbardzie zalega niskimi pokładami, a jego wydobycie odbywa się często na kolanach.
Ciężka praca górników obciążona jest dużym ryzykiem wybuchu metanu.
Pierwsza eksplozja tego gazu na szybie No 1 zabiła 26 górników.

Na mocy Traktatu Svalbardzkiego z 1920 roku, cały Archipelag Spitsbergenu podlega administracji norweskiej. Traktat ten ratyfikowało już ponad 40 państw.

Drugim co do wielkości osiedlem Svalbardu jest rosyjski Barentsburg.
Tu rezyduje rosyjski konsul i mieszka kilkuset górników.
I tu, po wschodniej stronie Groenfjordu, pierwszymi poszukiwaczami węgla byli Norwedzy. Potem kopali go Rosjanie i od nich kupili kopalnię Holendrzy.
Osadę nazwali Barentsburgiem. Gdy w czasie kryzysu ceny węgla spadły poniżej granic opłacalności wydobycia, odsprzedali kopalnie Rosjanom.
Od 1932 roku są one własnością TRUST ARCTIKUGOL.

W czasie II Wojny Światowej salwy niemieckiego pancernika „TIRPITZ” rozniosły
w strzępy wszystkie zabudowania. Odbudowano je w latach 1948 i 1962, a w okresie od 1975 do 1985 zmodernizowano miasteczko.
Powstały tu gimnazjum, pływalnia i biblioteka. Gdy 1990 roku skończyły się dotacje rosyjskiego rządu, Barentsburg musiał stać się samowystarczalny.
Zaczęto hodować kury, krowy, świnie, a standard życia znacznie się obniżył.

W ostatnich latach Barentsburg dotknęły dwie tragiczne katastrofy.
Na lodowcu Opera rozbił się podchodzący do lądowania rosyjski samolot pasażerski. Zginęli wszyscy na pokładzie – 143 osoby – w większości kobiety i dzieci, - rodziny górników.
Druga katastrofa, to wybuch metanu w 1997 roku, gdzie śmierć poniosło
23 górników.

Obecna sytuacja Barentsburga powoli się poprawia, a do miasteczka ściągnęło więcej górniczych rodzin. Dziś, szacunkowo żyje tu i pracuje około 350 mieszkańców.
Do Barentsburga docierają turyści. Zimą śnieżnymi skuterami, latem statkami wycieczkowymi. Mogą obejrzeć niewielkie muzeum, skorzystać z hotelu i nabyć różne gadżety w sklepie z pamiątkami.

Trzecim miejscem, co do liczby ludności, jest Swea. Kopalnia należąca do Store Norske Spitsbergen Kulkompani, położona kilkadziesiąt kilometrów na południowy wschód od Longer. Pierwszymi wydobywcami węgla byli tu Szwedzi. Wydobycie szło sprawnie, aż do wielkiego pożaru który strawił nie tylko szyb wydobywczy,
ale i zabudowania. Ich odbudowa trafiła na kryzys gospodarczy spowodowany
I-szą wojną światową, więc Szwedzi sprzedali kopalnię Norwegom.
Przez dwadzieścia lat kopalnia była martwa i dopiero po II-giej wojnie światowej ponownie ruszyła jej eksploatacja. Norwedzy przebadali zasoby węgla, zmechani-zowali wydobycie, postawili nowe budynki. Pokłady węgla są tu wysokie na
5 metrów co podnosi opłacalność wydobycia. Na terenie kopalni nie ma infrastruktury osiedlowej. Górnicy na stałe mieszkają w Longer, a na dwutygodniowe zmiany dolatują samolotem. Zimą, po zmarzlinie, dojeżdżają pojazdami gąsienicowymi.
Zatrudnienie kopalni to około 200 ludzi. Tuż przy kopalni jest głębokie, dobrze wyposażone nabrzeże do którego cumują duże masowce.

Ostatnią co do wielkości osadą, jest leżący na północy archipelagu, w wejściu Kongsfjordu Ny-Alesund. I ona rozpoczynała swój żywot jako osiedle górnicze.
W 1916 inwestorzy z Alesundu wykupili osadę i nazwali Ny-Alesund.
Pokłady węgla były obfite, ale bardzo głębokie i przepełnione metanem. Praca na nich była szalenie niebezpieczna. W 1962 roku nastąpiła duża eksplozja w której zginęło 21 górników. Nigdy już nie wznowiono wydobycia, a około 200 osobowa społeczność osady się rozpierzchła.
Przez kilka lat osada była całkowicie opuszczona, aż naukowcy z Instytutu Polarnego zainteresowali się tym miejscem. Zbudowano tu nowoczesną stację badawczą Sverdrupstasjonem. Niebawem to urocze miejsce ściągnęło Niemców, Francuzów, Anglików, Włochów, Holendrów, Japończyków, Koreańczyków, a ostatnio zawitali tu ze swoją największą stacją Chińczycy, którzy przed wejściem postawili dwa duże marmurowe lwy. Dla obsługi wszystkich stacji norweski Instytut Polarny zbudował nowoczesne i doskonale wyposażone laboratorium.
Wszystkie te kraje prowadzą odrębne badania które się wzajemnie uzupełniają. Obejmują one badania geodezyjne, obserwacje atmosfery, zmian klimatycznych, zmian radiacji ultrafioletowej, wpływu warstwy ozonowej na produkcję łańcucha pokarmowego i wiele innych. Norweski Instytut Polarny jest szczególnie zainteresowany efektem zanieczyszczeń na życie zwierząt, szczególnie tych na szczycie łańcucha pokarmowego, - białych niedźwiedzi, lisów polarnych i mew. Podstawą tych badań jest ich powtarzalność w dłuższym okresie czasu.

Ny-Alesund ma swoje niewielkie lotnisko i stałą łączność samolotową z Longerbyen. Lot trwa pół godziny, a koszt w jedną stronę wynosi 1300 NK. Na miejscu są komfortowe warunki hotelowe, ale zarezerwowane głównie dla naukowców.
W miarę wolnych miejsc można z nich skorzystać w cenie 1000 NK za dobę.
Jest tu nawet sklep z pamiątkami, otwierany przy okazji wizyty wycieczkowca.
Dla turystów są tu dokładnie wyznaczone trasy zwiedzania i korzystanie z nich rygorystycznie przestrzegane.

To międzynarodowe centrum naukowo-badawcze liczy, w zależności od pory roku
40-100 mieszkańców. Port ma dwa nabrzeża, a na jednym z nich jest urząd pocztowy, położony najbliżej bieguna.

Już w okresie przedwojennym Polacy prowadzili na Spitsbergenie badania naukowe. Ich pionierem i popularyzatorem był prof. Stanisław Siedlecki.
Nasza stacja badawcza w Hornsundzie, w Zatoce Białego Niedźwiedzia, została odbudowana w 1957 roku w czasie III Międzynarodowego Roku Geofizycznego.
Od tej pory pracuje już non stop przez 53 lata.

W „Polskim Domu pod Biegunem” długie polarne noce spędza 9 naukowców
i techników. Ich badania zdobyły międzynarodowe uznanie.

Warto wspomnieć, że osiedla te nie łączą żadne drogi. Komunikacja odbywa się
drogą powietrzną, latem wodą. a w czasie zimowej zmarzliny skuterami śnieżnymi.


W 2002 roku rząd norweski przekazał część swoich uprawnień do autonomicznemu Zgromadzeniu Mieszkańców Longyearbyen, które stworzyło niezwykły model demokratycznego zarządzania archipelagiem. Równolegle istnieje tu norweskie centrum administracyjne z gubernatorem (sysselmannem) na czele.
Trzy lata temu Longyearbyen otrzymało honorowe wyróżnienie
„Miedzynarodowej Lokalnej Społeczności”.

Z typowo górniczej osady, miasteczko przekształciło się w ośrodek nauki, przemysłu
i handlu. Ludność jest tu młoda, dynamiczna, a seniorów niewielu.
Dzieci mają trzy przedszkola, szkołę obejmującą swym zakresem wykształcenie średnie, oraz możliwość studiów w Centrum Uniwersyteckim Svalbardu (UNIS),
na którym są wydziały: - biologii arktycznej, geologii, geofizyki i technologii.
Promocja tego Centrum jest ogromna, zainteresowanie zgłosiło już ponad 40 krajów.

Władze norweskie wytyczyły trzy główne kierunki rozwoju archipelagu:
- górnictwo
- badania naukowe
- turystyka

Longer, bo tak jest w skrócie zwane Longyearbyen, mimo bardzo długich nocy nie jest ospałym miejscem na ziemi. Dzieje się tu wiele, mimo że tu zimno i daleko.
W 2007 roku oddano do użytku nowoczesną i dobrze wyposażoną halę sportową,
a duża pływalnia z sauną raduje wszystkich mieszkańców, szczególnie w okresie polarnej nocy.

Centrum Uniwersyteckie organizuje odczyty i sympozja z różnych dziedzin nauki,
a przez okrągły rok słynni muzycy i artyści odwiedzają Svalbard.

A oto imprezy roku:

- w styczniu ma miejsce „Tydzień Polarnego Jazzu”.

- w marcu, a dokładnie 8-go marca, gdy po długiej nocy po raz pierwszy wschodzi słońce, z wielką wrzawą jest celebrowana Solfestuka. Jest to dzień radości, rewii
i koncertów, zawodów sportowych i wyścigów śnieżnych skuterów.

- w kwietniu startuje Wielki Svalbardzki Maraton Narciarski.

- w czerwcu, kto żyw bierze udział w Wielkim Biegu Maratońskim.

- ostatniego tygodnia października jest tu wielkie muzykowanie „Dark Season Blues”

- w drugim tygodniu listopada kulturalne wydarzenia roku kończy rzeźbiarski plener

Będąc w Longer warto obejrzeć Muzeum Svalbardu.
Jest tu historia wielorybnictwa, polowań na niedźwiedzie i lisy polarne,
górnictwa węgla kamiennego, siermiężnych wypraw polarnych, i działań wojennych
z okresu II wojny światowej.
Ma tu swój dział również geologia, jak i ekspozycja lokalnej fauny i flory.
Dwa, znacznie mniejsze muzea są jeszcze w Barentsburgu i Ny-Alesundzie.

W Longyearbyen Centre of Arts and Crafts skupieni są miejscowi artyści.
Mają swoją galerię sztuki w której wystawiają tu swe prace malarskie, grafikę, fotografie, wyroby ceramiczne i szklane, oraz wyroby jubilerskie.
Te dzieła sztuki są do nabycia, natomiast stałą ekspozycję Kave Tetera zwanego tu „Mistrzem Światła” można tylko podziwiać.

W pobliżu ładnie położonego kościoła jest niewielkie, ale ciekawe muzeum aeronautyki. Głównymi eksponatami są modele trzech słynnych sterowców związanych ze Svalbardem startujących tu z zamiarem zdobycia północnego bieguna.
Są to „America” (1906-1909), „Norge” (1926) i „Italia” (1928).

Jest to historia ich startów, długich poszukiwań i bezskutecznego ratunku.
Jedna z tych akcji zakończyła się tragiczną śmiercią norweskiego narodowego
bohatera - Roalda Amundsena.

Szczególną rolę w Longer odgrywa kościół.
Poza normalnymi nabożeństwami, można tu wpaść, aby ogrzać się przy kominku, napić świetnej kawy, przeczytać gazetę. Można trafić na koncert lub ciekawy odczyt, a ksiądz proboszcz organizuje wiele rozmaitych integracyjnych imprez.

Prawie całe miasto okalają niezwykłe, pięknie wykonane drewniane konstrukcje.
Jest to relikt niezwykle oryginalnej linowej kolejki do transportu węgla.
Centralna rozdzielnia wagoników mieściła się w Skjaeringa gdzie można znaleźć ciekawe informacje na temat tego niespotykanego rodzaju transportu.

W 1941 roku, w czasie II wojny światowej ewakuowano wszystkich cywilnych mieszkańców Svalbardu, a Norwedzy wysadzili szyby wszystkich kopalń.
Zaraz po wojnie, w 1946 roku, Longerbyen został całkowicie odbudowany. Powrócili mieszkańcy i normalne życie. Władzę w mieście trzymała norweska kompania węglowa. Początkowo żyła tu wyłącznie męska społeczność. Po latach przybyły żony i dzieci górników. Nadal jednak obowiązywał tu klasowy system społeczny. Wyraźny podział na rządzących i rządzonych. Robotnicy żyli w barakach i do pracy byli dowożeni samochodami. Po szychcie wracali do baraków, gdzie się myli i jedli.
Tak się kręcił ten kołowrót dzień za dniem.
Dzisiaj górnictwo w Longer prawie zamarło. Szyb No 3 koło Hotellneset jest zamieniony na turystyczny skansen, a szyb No 7 wydobywa węgiel na potrzeby miejskiej elektrowni i tylko w niewielkiej ilości na eksport.
Domy są tu budowane pod wynajem, choć ostatnio pojawiają się tendencje budownictwa własnego, co świadczy o społecznej stabilizacji.
Turystyka nie jest czymś nowym na Svalbardzie. Pierwszy statek turystyczny zawinął tu już w 1892 roku, a wkrótce zbudowano pierwszy hotel.

Noc polarna trwa na Svalbardzie od 28-go października do 14-go lutego.
W tym czasie słońce nigdy nie pokazuje się ponad horyzontem.

Za to od 19 kwietnia do 23 sierpnia słońce nie zachodzi.
Trwa długo oczekiwane, północne lato.


Po długiej polarnej nocy, wraz ze słonecznym światłem wzrasta u wszystkich mieszkańców poziom energii i aktywności. Dni stają się coraz dłuższe, a już od kwietnia słońce ogrzewa zimowy krajobraz. Ptaki wracają z ciepłych stron,
na topniejącym lodzie radują się foki, a zbocza gór się zielenią.

Śnieg szybko znika, rozkwitają kolorowo małe kwiatki, a wrzawa ptaków wypełnia zimową ciszę. Nastaje na Svalbardzie krótkie i gorączkowe lato.
Mimo, że dzień trwa przez 24 godziny – dni nie wydają się długie.
Czasem jedynie gubimy poczucie czasu i znika potrzeba snu.

Od września do października panuje na Swalbardzie kolorowa jesień.
Długie promienie słońca malują świat w pomarańczowych odcieniach.

Ogrzane latem górne partie gór zaczynają marznąć. Dzienne temperatury spadają
do zera, a dni stają się coraz krótsze. Jest to doskonały czas na piesze wędrówki.
Po zmarzniętej glebie chodzi się lekko, powietrze jest czyste, a czerwone niskie słońce bajecznie oświetla świat.

Z końcem października po raz ostatni widzimy promień słonecznego światła
i Svalbard zapada w głęboką polarną noc. Przez ponad dwa miesiące nie pokaże się już żaden promień słońca.
Ale wtedy, przy dobrej pogodzie, gdy niebo jest rozgwieżdżone, na niebieską scenę wkracza kolorowa polarna zorza i rozpoczyna swój niesamowity taniec.

Zjawisko to jest tak piękne, że są tacy co twierdzą, iż miesiąc luty, jest tu w Arktyce, najpiękniejszym miesiącem roku.

Po trzech miesiącach polarna noc powoli ustępuje miejsca wschodzącemu słońcu, które dzień po dniu jest coraz wyżej nad horyzontem.
Najpierw oświetla ono tylko szczyty gór, by potem powoli schodzić w doliny.

Archipelag Svalbardu leży blisko północnego bieguna, ale w porównaniu z innymi miejscami o tej samej szerokości, ma klimat umiarkowanie chłodny.
Średnie temperatury powietrza w Longyearbyen sięgają w zimie - 14 stopni Celsjusza,
zaś latem aż + 6 stopni.
Najniższa notowana temperatura w marcu 1986 roku wyniosła minus 46,3 stopnie,
a najwyższa latem w czerwcu 1979 roku wyniosła plus 21,3 stopnia.

UWAGA!!! Pamiętajmy o OTAGO. Zmiany pogody następuję tu bardzo szybko, opady deszczu są niewielkie, a mgły występują jedynie latem.

Turystyczny Svalbard jest doskonale zorganizowany, bardzo atrakcyjny
i funkcjonuje przez okrągły rok.

Już zimą można wyruszać na długie eskapady, na nartach lub bez, korzystając
z domków traperskich, iglo, śnieżnych jaskiń lub namiotów.
Mroźna i wygwieżdżona noc dodaje adrenaliny takiej wyprawie.
Narty i sprzęt można wypożyczyć na miejscu.


Szczególną formą turystyki są tu zaprzęgi psów. Już po krótkim przeszkoleniu można samemu prowadzić sanie, lub kazać wieść się przewodnikowi.
Wycieczki mogą być kilkugodzinne, lub nawet wielodniowe.

Letni turyści mimo, że drogi są już czarne, mogą zaznać fascynacji jazdy psimi zaprzęgami, gdyż na lodowcach jest jeszcze masa śniegu.
Ci zaś, co czują wielki respekt przed szczelinami lodowców, mogą pojechać psim zaprzęgiem po drogach na niskich wózkach podobnych do nansenowskich sań.

Z Longer można się wybrać na penetrację pobliskich lodowych jaskiń.
Trzeba mieć ze sobą odpowiedni sprzęt i przewodnika.

Bardzo popularne są narciarskie wycieczki z psami i saniami. Psy pociągną sanie
z ładunkiem, dotrzymają Ci towarzystwa, a nocą chronić Cię będą przed niedźwiedziem. Czas trwania takiej wyrypy to 3 - 12 dni.

Nieco poza miastem, w dolinie Adventdalen, jest kilka psiarni. Jak pamiętam,
jedną z nich prowadzą polscy studenci weterynarii.
Warto się do nich wybrać i porozmawiać o pieskach. Jak się je hoduje, jak się je układa, jak szkoli do pracy w zaprzęgach i przy okazji zjeść dobry polowy obiad.

W okresie wiosny i jesieni są organizowane jednodniowe wycieczki na śnieżnych skuterach do rosyjskiej kopalni w Barentsburgu lub opuszczonej, również rosyjskiej, osady w Piramiden. Na skuter jest wymagane prawo jazdy kategorii B lub S.

Latem, kilkugodzinne wyprawy z przewodnikiem są organizowane na lodowce.
Robią wrażenie i nobilitują. Czas około 5 godzin.

Od połowy czerwca do końca sierpnia kursują wycieczkowe statki na zachodnie wybrzeże Svalbardu, a nawet wokół Spitsbergenu. Takie rejsy trwają od 3-ch do
11-tu dni. W tym czasie w ciekawych miejscach są zejścia na ląd.

Geologicznie jest Svalbard niezwykle atrakcyjny. Są miejsca gdzie można znaleźć ładne skamieliny. Przewodnicy zaprowadzą Cię wszędzie!

Chodząc po ulicach Longer, co chwila widzimy grupy ludzi z niewielkimi plecakami,
prowadzone przez przewodnika, którego można rozpoznać po traperskim stroju i przewieszonej przez ramię strzelbie.
Zapewne ruszają oni na lodowiec, lub w pobliskie góry.

Niektóre wycieczki są obwieszone lornetkami. To ci, co idą z ornitologiem, aby przyjrzeć się gnieżdżącym się tu ptakom. Ich kolonie są szacowane na miliony par. Najwięcej gniazd mają tu drobne alczyki, trójpalczaste mewy i fulmary.
Większość z tych ptaków jest migracyjna. Przybywa tu na Svalbard ze względu na mnogość pożywienia. Zakłada gniazda, wychowuje młode i jesienią wraca
w cieplejsze strony.
Z pośród 30 gatunków ptaków, jedynym co tu zimuje, jest niewielka pardwa górska. Na zimę zmienia ona swoje upierzenie z szarobrązowego na białe i żyje w górach.Ze zwierząt, swój Svaldzbarski rodowód mają jedynie lisy i renifery.

Licznymi gośćmi są tu różnych gatunków foki i morsy. Przypływają wieloryby. Najczęściej są to bieługi, które bardzo lubią fiordy.
Na wodach Spitsbergenu można zobaczyć aż 19 gatunków morskich zwierząt.

Do największych atrakcji należy, Król Arktyki, biały polarny niedźwiedź.
Został on zaliczony do morskich zwierząt, jako że większość swego życia spędza
na dryfujących lodowych krach. Występuje najczęściej wokół wysp Wschodniego Svalbardu, choć na naszej bazie w Hornsundzie, w zachodniej części Spitsbergenu, przy (nomen omen) Zatoce Białego Niedźwiedzia, którejś wiosny, w czasie migracji tych zwierząt z okien bazy naliczono ich około 500 sztuk !!

JEST NIEBEZPIECZNY! Atakuje bez ostrzeżenia.
Rodzi się zimą w śnieżnej jamie i do dwóch lat jest pod opieką swojej mamy.
Jego pożywieniem są najczęściej foki. Niedźwiedzie są pod ścisłą ochroną.
Nie wolno ich karmić, drażnić, straszyć, lub zakłócać ich spokój w jakikolwiek sposób, gdyż to może wywołać u niego agresję, a to źle się skończy.
Kiedyś, na oczach grupy, niedźwiedź rozszarpał turystę.

Płynąc po fiordach Svalbardu napotykamy grupy kajakowców co opływają Adventfiorden. Od czasu do czasu wysiadają w ciekawych miejscach, zaglądają do opuszczonych kopalni i podziwiają piękne krajobrazy.
Są to z reguły jednodniowe wyprawy.

Kto lubi wiosłować, może popłynąć znacznie dalej, na kilkudniową wyprawę
do Billefjorden, Dicksonfjorden, lub bardziej odległych Kongsfjorden i Krossfjorden. Organizator zapewnia gorące posiłki i noclegi w namiotach lub opuszczonych husach.

Dla tych, którym wiosła parzą dłonie, są do dyspozycji szybkie pontony na których można szybko oblecieć i zobaczyć Isfjord. W wyznaczonych, pięknych widokowo miejscach organizatorzy rozpalają ogniska i przygotowują gorące jadło.

Noclegi są w przygotowanych namiotach, lepiankach krytych darnią, a czasem
w starych traperskich chatach. Wieczorami przewodnicy snują opowieści o dawnych traperach i zagubionych wędrowcach krasząc je filmami lub slajdami.

Dla miłośników jazdy konnej są do dyspozycji ładnie utrzymane rumaki. Trasy przejażdżek są tak dobrane, aby cały czas jechać wzdłuż pięknych krajobrazów.

Na koniec tej atrakcyjnej turystycznej oferty jest oczywiście autokar, który zawiezie nas w ciekawe miejsca i będzie można wszystko zobaczyć bez najmniejszego wysiłku. Autokar staje przy Svalbardzkiej Galerii, przy Polarnym Muzeum, oraz przy stacji badawczej EISCAT Svalbard Radar.

Ochrona środowiska nie jest na Svalbardzie pustym frazesem.
Regulują ją szczegółowe przepisy, a kary za ich nie przestrzeganie są wysokie. Specjalne dotyczą turystyki, organizatorów wycieczek i statków wycieczkowych. Ponadto organizatorzy wycieczek są zobowiązani przedstawić w biurze gubernatora plan wycieczki ze znacznym wyprzedzeniem i wykupić ubezpieczenie które pokrywa koszty ewentualnego ratownictwa.

Nawet indywidualne wędrówki są objęte tym zarządzeniem, a to wszystko dla Twojego bezpieczeństwa. Zaleca się korzystanie z miejscowych przewodników.

Wszystkie wymienione imprezy są dość drogie, ale mają naprawdę wysoki standard.

Svalbard jest perłą Arktyki. Stąd apel do wszystkich: „DBAJMY O SVALBARD”

Wyprawa w ten rejon świata jest daleka, ale gdy już tu jesteśmy, zobaczmy co tylko można, bo nigdy nie wiadomo, czy uda się nam ponownie powróć.


Przekazując te zebrane z wielu źródeł informacje,
życzę Wszystkim miłych wspomnień z pobytu na Spitsbergenie


/-/ Andrzej Drapella




A teraz kilka informacji dodatkowych:

– prowadzenie pojazdów mechanicznych po spożyciu alkoholu (0,2%) jest
karalne.
- od czasów kopalnianych panuje na Svalbardzie obyczaj zdejmowania butów
przy wchodzeniu do domów, sklepów i urzędów. Warto mieć przeto ze sobą
ciepłe skarpety lub domowe sandały.
- polowania i łowienie ryb jest ograniczone przepisami.
Informacje można znaleźć w Internecie na stronie: "http://www.sesselmannem.no" www.sesselmannem.no
- w Longer można wypożyczyć rozmaity sprzęt turystyczny jak indywidualne
boje ratownicze, broń, namioty, śpiwory, rowery, pontony, skutery, samochody
Wypożyczając broń palną trzeba okazać swoje zezwolenie na broń, lub
dokument świadczący o odpowiednim przeszkoleniu strzeleckim.
– wypożyczając śnieżny skuter trzeba mieć ukończone 16 lat i samochodowe
prawo jazdy. Maksymalna dozwolona szybkość poza terenem zabudowanym
wynosi 80 km/godz. Kask obowiązkowy.